sobota, lipca 08, 2006

Wakacyjna szkolna samowolka (częśc 3)

Poruszali się tak wisząc w powietrzu. Radowali się, bowiem nigdy jeszcze w życiu nie zdarzyła im się okazja tak zgrabnie się poruszać nie czuć tej całej grawity. Grawita to był ich wróg. Tak czuli.
- Grawita to mój wróg - stwierdziła Esperka.
- Jak to?? Przecież to ja chciałam powiedzieć. Grawita to mój wróg, a nie twój - zaczęła się kłócić Felizka.
- Cicho, towarzyszki! Patrzcie co tu jest! Znajdujemy się w zasadzie nie w jednej komorze, a w całym systemie komór mającym imitować stację kosmiczną. Jesteśmy dopiero w przedsionku, patrzecie, ściany są białe, u góry świecą się żarówy, wokół jest pełno kabli, a w powietrzu płynie trójka dzielnych wojowników. Dochodzimy do jakichś drzwi. Są one wykonane ze stali, i jest na nich napisane czarnymi literami "Chłodnia".
- Chyba przejąłeś w tej chwili rolę narratora - rzekła Feliza.
- Co??
- Tak, ona ma rację, to narrator powinien opisywać wygląd miejsc, w których przebywamy my, szanowni bohaterowie tego opowiadania. Do nas należą za to dialogi, gdzie możemy robić co nam się podoba, i mówić wszystko co nam ślina na język się nasunie. No, o ile cenzura to przepuści. A ty tymczasem zachowałeś się nagannie, gdyż wszedłeś w nie swoją rolę, opisując cały wygląd tej komory. - powiedziała Esperka.
- Jeśli to narrator powinien opisywać wygląd miejsc, to dlaczego tego nie robi? - zdziwił się Johnny.
- Może mu się nie chce? Albo nie umie? - zahipotezowała Felizka.
- Dobra, ale to już się zrobił mały off topic. Lepiej powróćmy do tematu chodzenia po komorze - powiedziała Esperka.
- Wporzo Espri... - odpowiedzieli jej chórem Feliza i Johnny,, dwaj pozostali członkowie zorganizowanej grupy wyrostków, która barbarzyńsko wdarła się na teren szkoły, wpuszczona przez jednego z nauczycieli - Artura Z. Zadziwiająca też jest łatwość, z jaką wspomniany nauczyciel był w stanie złamać Przepisy Szkoły, narażając na potencjalne straty sprzęt dostarczony przez NASA wart miliony dolarów. Nasuwa się więc pytanie - czy Artur Z. powinien w dalszym ciągu pracować jako nauczyciel? Czy nie powinna zostać przypadkiem zastosowana kara śmierci wobec niego? O tym w programie "Krzesło Pod Napięciem", dzisiaj o 22:59.

- Otwieram te drzwi - zdecydował Johnny.
- Musisz rzucić kostką żeby zobaczyć czy ci się uda. - powiedziała Felizka.
- Taki z ciebie Mistrz Gry? A pomyślałaś jak ja rzucę kostką w takich warunkach? Przecież nawet nie spadnie na podłoże...
- Dobra, to nie rzucaj...
- No ale w takim razie udaje mi się otworzyć te drzwi? Czy są zamknięte może jakoś magicznie, tak że bym musiał rzucić jakiś czar, żeby je otworzyć?
- Oj, nie bój się... Udaje ci się to, otwierasz drzwi bez problemu. Wchodzisz i stwierdzasz, że znajdujesz się w chłodni. A pośrodku pomieszczenia unosi się jakiś kształt. Przypatrujesz się i widzisz przed sobą człowieka. Martwego człowieka.
- Toż to nasz pan Artur! - Krzyknęła Esperka.
- Co mu się stało? - Powiedział Johnny.
- No chyba umarł.
- Ale sam umarł, czy ktoś mu pomógł? - powiedziała Esperka.

- Ja mu pomogłem - Odezwał się głos z za ich pleców. Odwrócili się. W drzwiach stał (trzymając się ściany) dyrektor szkoły, pan Tadeusz.
- Ja mu pomogłem wyciągnąć z długów jego rodzinę - kontynuował pan Tadeusz. - Chociaż nie zrobiłem tego bezinteresownie... Otóż posłuchajcie, wczoraj przyszedł do mnie pan Damian, i powiedział, że chciałby pracować w naszej szkole i pokazał mi swoje CV. No i nie uwierzycie, moi drodzy! Okazało się, że pan Damian ma lepsze CV od Artura! Tak więc zdecydowałem, że to pan Damian powinien uczyć Wychowania do Życia w Kosmosie, a Artur powinien pójść w odstawkę. No ale wtedy Artur wtedy podniósł lament, że ma rodzinę na utrzymaniu, że musi spłacać kredyt za mieszkanie i w ogóle. Więc coś innego trzeba było wymyśleć. Ale wtedy szczerze, to już byłem trochę wkurzony na Artura, że zamiast spokojnie ustąpić miejsca lepszemu robi jakieś ceregiele. Przecież ja też mam rodzinę na utrzymaniu... muszę synowi wesele wyprawić.. i też nie mam za co... tak myślałem i wtedy wpadł mi do głowy szatański pomysł na to jak się pozbyć Artura, pomóc jego rodzinie, i przy okazji swojej.

Wziąłem więc Artura i zaproponowałem mu taki układ - że zabiję go, pokroję na kawałki i zrobię z połowy jego ciała kotlety dla gości weselnych, a drugą połowę jego ciała sprzedam do sklepu mięsnego a pieniądze oddam jego rodzinie, żeby miała za co żyć i spłacić kredyt.
- I zgodził się?
- Bez żadnych problemów, jeszcze mi dziękował, że taki ze mnie złoty człowiek, że chcę pomóc jego rodzinie. Więc niezwłocznie i z radością wyjąłem nóż z kieszeni, zadałem mu kilkanaście ciosów, a gdy uszło z niego życie, przeniosłem jego ciało do chłodni, żeby się nie zepsuło takie smaczne mięsko. - zeznał pan Tadeusz, dyrektor szkoły, w której pracował Artur Z., człowiek, o którym mówiliśmy w naszym poprzednim programie.

czwartek, czerwca 29, 2006

Wakacyjna szkolna samowolka (cz. 2)

- Musimy iść do Bloku C. Komora będzie w podziemiach. Mam klucze. - powiedziała Esperka.
- już się nie mogę doczekać kiedy wejdę do tej komory gazowej… - rozmarzyła się Feliza. Z marzeń wytrącił ją dźwięk telefonu.
- Słucham?
- Słuchaj, gdzie wy jesteście? Myśmy przyszli pod szkołę i was nie było.
- Słuchaj Saiko, idziemy do komory bezgrawitacyjnej, ale nie będziemy na was czekać, jak chcecie to dojdźcie do nas, podam ci Esperkę.
- Słuchaj wyjdź na tyły szkoły, tam gdzie samochody wyjeżdżają, co nie? Kod do bramy to 4526, potem pójdziesz do Bloku C, co nie? Zostawimy wam drzwi otwarte, a następnie zejdziesz do podziemi, co nie? Pomieszczenie 13B – wyjaśniała Esperka, dziewczyna w glanach i zawieszoną na szyi pacyfką, ubrana w koszulkę punkowej kapeli o jakże uroczej nazwie „Pożar Lasu”. Jej krótkie ciemne włosy doskonale pasowały do reszty wyglądu.

BLOK „C”

Esperka, Felizka i Johnny byli już pod drzwiami z numerem 13B. Otworzyli drzwi kluczem i weszli do środka niewielkiego pomieszczenia z drugimi drzwiami na wprost nich. Do ścian były przytwierdzone siedzenia, a obok drugich drzwi, była zamontowana w ścianie tablica rozdzielcza.
- To je atendo-room komorii zerograwitakowej. Welkomcie, wy futurni astronautowie ent dziełajcie zgodni z instruktagiem. Ne smokujcie, ne agresujcie, ne dżołkujcie. To je zaważna sprawa do robienia dżołks. - powiedział głos z głośnika.
- Co to ma być? To jest w ogóle po polsku? - zdziwił się Johnny, chociaż dobrze zrozumiał treść słów - znajdowali się w poczekalni komory bezgrawitacyjnej.
- Nie, to nie jest w polish, to chyba w dialekcie polenguero. Widocznie jeszcze nie ustawili opcji językowych. - odpowiedziała mu Esperka. Podeszła do drugich drzwi, wyciągnęła z kieszeni kartkę, wpatrzyła się w nabazgrane na niej objaśnienia od pana Artura, a następnie pociągnęła jedną w wajch. Drzwi odsunęły się na bok.
- Teraz musimy przejść przez śluzę.

I weszli. Drzwi zamknęły się za nimi. Znajdowali się w pomieszczeniu wielkości windy. Esperka pociągnęła za inną wajchę (umieszczoną w ścianie śluzy). Początkowo nic się nie działo, poza tym, że rozległo się bzyczenie rozgrzewających się urządzeń antygrawitacyjnych. Jednak po chwili się zaczęło. Robili się coraz lżejsi, jednak w dalszym ciągu grawitacja była na tyle duża, że wszelkie próby latania mogły się skończyć co najwyżej złamaniem nosa. Wobec tego stali twardo na podłodze.

Felizka pierwsza wyczuła moment, w którym można było zacząć zabawę. Popchnęła Johnny'ego w plecy. Chłopak utracił równowagę i odruchowo zaczął machać rękami przerażony upadkiem. Jednak bez potrzeby jak się okazało, bo upadł lekko, jak na księżycu.
- Ej, Co ty robisz?? - rzucił urażony do Felizki.
- Oj, to taki dżołk był, zresztą przecież i tak nic ci się nie stało - odpowiedziała mu z niewinną miną.
- A nie słyszałaś, co powiedziała ta babka z głośników?! Miało być bez dżołków!
- Uspokójcie się, bo ktoś nas usłyszy. - upomniała obu Esperka. Johnny podniósł się z podłogi i oderwał się od niej. Grawitacja poszła w las. Otworzyły się drugie drzwi, przeszli przez nie już nie dotykając podłogi.

środa, czerwca 28, 2006

Wakacyjna szkolna samowolka (cz. 1)

- A teraz ci się nie uda - krzyknął Saiko uderzając piłeczkę nogą i równocześnie patrząc na Alexa, który już się szykował do odbicia piłeczki i strzału prosto w "bramkę", o ile przestrzeń ograniczoną przez nogi parkowej ławki można nazwać "bramką".
- Nie byłbym taki pewien, jestem w świetnej formie. - powiedział Alex, i kiedy doleciała do niego piłeczka, kopnął ją starając się trafić pod ławkę. Piłeczka wyleciała w powietrze prosto w kierunku "bramki", jednak z przyczyn technicznych nie doleciała do niej. Przyczyną techniczną okazała się Felizka, która właśnie przechodziła przez parkową alejkę, i nawinęła się na linię strzału.
- Ej, co ty robisz?? Zakłócasz nam grę! - Krzyknął Saiko.
- Zgadza się, zakłócam wam grę. - powiedziała Felizka z uśmiechem. - Ale nie bez powodu. Mam propozycję.
- Jaką propozycję? - Spytał Alex.
- Propozycję zabawy.
- Domyślam się... ale tak bardziej konkretnie? O jaką zabawę chodzi i w jakim wymiarze godzin ewentualnie była by ta zabawa? - Próbował dowiedzieć się szczegółów Alex.
- Jutro... jutro się wszystkiego dowiesz... bądź za piętnaście ósma pod Szkołą.
- No dobra, ale po co? - wtrącił się Saiko.
- Nie chce mi się teraz wam tego tłumaczyć. W każdym razie - przyjdzcie, a nie pożałujecie... - Rzuciła na pożegnanie Felizka i oddaliła się.
- Ty, idziemy tam? - Spytał się kolegi Alex.
- Można iść w sumie, zobaczymy co tym razem wymyśliła... - odpowiedział Saiko.

NASTĘPNEGO DNIA

Zbliżała się umówiona godzina, a niska dziewczyna o imieniu Feliza i włosach koloru szary blond zbliżała się do Szkoły. I chociaż dochodziła godzina ósma, to pod szkołą nie było wcale mnóstwa ludzi, a to dlatego, że właśnie trwały wakacje. Zaledwie jeden chłopak siedział na ławce przed bramą Szkoły.
- Hey Johnny! Jak się masz? – przywitała kolegę Felizka.
- Yo Feliza! W dechę! – odpowiedział jej Johnny.
- Na kogo czekasz? – zapytała się Feliza.
- Na ciebie, Alex mi mówił, że coś się szykuje.
- Ano, szykuje się. – Odparła i usiadła obok Johnny’ego – Ale to w takim razie gdzie on jest? Miał tu przyjść razem z Saiko.
- Powiedział, że nie wie czy przyjdą.
- A to barany totalne. Jak nie przyjdą, to przestanę się do nich odzywać.
- Ale właściwie co to będzie, podobno coś wymyśliłaś?
- Poczekaj, już idzie Esperka to ci powie, to ona to organizuje.

- Ahoj! O, Johnny! Jak robisz? – krzyknęła Esperka.
- Co robię?
- Ojej, to taki żart - tak jak po angielsku się mówi „how are you doing?”, co nie? Wiesz, taki anglicyzm…
- Rozumiem… a co TY robisz? Co właściwie zorganizowałaś?
- Aa… zaraz wejdziemy do szkoły to zobaczysz…
- Do szkoły? W wakacje? Totalnie oszalałaś?
- Oj, nie rób draki, zamknij się i słuchaj. Wiesz, że od września będziemy mieć nowy przedmiot – Wychowanie do Życia W Kosmosie, co nie? I będziemy mieć na lekcji zajęcia ze Stanu Nieważkości, co nie? I są przygotowane komory bezgrawitacyjne, wiesz, specjalne pomieszczenia, gdzie jak wchodzisz, to masz jak w kosmosie – stan nieważkości, i się unosisz w powietrzu.
- No co ty!
- No bez kitu ci mówię. Niezły odlot! Rozmawiałam już z panem Arturem, tym co nas będzie uczył tego przedmiotu, i on się zgodził, że nas wpuści do tej komory, pod warunkiem, że będziemy cicho i że nic nie rozwalimy. No właściwie – to on nie może oficjalnie tak nas wpuszczać, więc wszystko musi być załatwione cichcem, a on nas nie wpuści a raczej tylko "ułatwi wejście", jak to powiedział. No dobra – spojrzała na zegarek – nie ma ich, to idziemy sami.
- Ty, Esperka, ale jak tam wejdziemy? Brama jest zamknięta. – Zaniepokoiła się Felizka.
- Wyluzuj, wejdziemy tylnym wejściem.
Cała trójka ruszyła spod bramy, okrążając teren kampusu, skręcając w boczną uliczkę, aż doszli do zaułka, w którym mieścił się wyjazd dla samochodów. Przejścia broniła metalowa brama, u boku której znajdował się domofon.
- I co teraz? Brama jest zamknięta – jęknął Johnny.
- Nic się nie bój, pan Artur dał mi kod. – Esperka wystukała kod na klawiaturze domofonu („4526”), rozległ się brzęczek – brama została otwarta i towarzystwo mogło spokojnie dostać się na teren kampusu – miejsca gdzie znajdowała się szkoła, biblioteka, kino, i inne budynki należące do uczelni, które przez okres wakacji były nieczynne. Ale dzisiaj to nie było ważne - najważniejsze to by dostać się do komory bezgrawitacyjnej, gdzie człowiek czuje się lekki jak piórko.